Przy deptaku na ulicy Chrobrego pojawił się nowy lokalny akcent polityczny. W sobotnie południe Michał Kołodziejczak, poseł z naszego okręgu i były wiceminister rolnictwa, oficjalnie otworzył swoją kancelarię poselską. Wydarzenie miało być spotkaniem z mieszkańcami, ale nie obyło się bez politycznego happeningu.
Nowe biuro mieści się w samym sercu miasta, w miejscu, które ma zapewnić łatwy dostęp wyborcom. I choć oficjalna nazwa brzmi „kancelaria”, a nie tradycyjne biuro poselskie, to gospodarz zapowiada przede wszystkim otwartość na rozmowę.
Na zaproszenie odpowiedziało sporo gości. Poczęstunek przygotowało Koło Gospodyń Wiejskich ze Starego Lichenia, pojawili się lokalni samorządowcy i mieszkańcy. Ale zanim poseł zdążył przeciąć wstęgę, pod lokal zajrzała Młodzież Wszechpolska.
Młodzi aktywiści przynieśli ze sobą symboliczny rekwizyt – worek srebrników. Gdy Kołodziejczak podziękował i nie przyjął podarunku, rozwinęli transparent z hasłem: „Sprzedałeś polską wieś”. Doszło do krótkiej szarpaniny, ale sytuację szybko opanowali inni uczestnicy, odsuwając protestujących na bok.
– Są też tacy, którzy są niezadowoleni, że nam idzie dobrze, że się rozwijamy, że mówimy o realnych problemach – skomentował całe zamieszanie poseł. – I to faktycznie tak jest, że tutaj jest dobre miejsce – dodał, zapraszając wszystkich do środka.
W odróżnieniu od wcześniejszych zapowiedzi, tym razem Kołodziejczak postawił na ton pojednawczy. – Nie dziwię się ludziom, którzy mówią, że jest ciężko. Sam mieszkam na polskiej wsi. Wiem ilu różnym interesom, ludziom trzeba się narazić, kiedy chcesz sprawy polskich rolników załatwić, polskiej żywności, polskiego społeczeństwa, aby w polskich sklepach żywność była dobrej jakości i w przystępnej cenie – mówił.
Polityk dał też do zrozumienia, że jego pobyt w rządzie nie był usłany różami. – Pracowałem w ministerstwie dokładnie półtora roku, osiemnaście miesięcy. Nie było zbytnio dobrej woli do tego, aby moje projekty mogły być realizowane, więc ta moja praca, moja misja się zakończyła – przyznał z wyraźnym żalem. Zastrzegł jednak, że nikomu nie ma o to pretensji.
Najważniejsze w jego wystąpieniu było jednak wezwanie do zmiany języka debaty publicznej. – Mam wrażenie, że niektórym zależy tylko na tym, żeby o tych problemach mówić, że one są. Siądźmy i je rozwiązujmy – apelował.
Kancelaria ma być otwarta dla wszystkich. Poseł zapowiada, że będzie pojawiał się w niej regularnie, a terminy dyżurów będą podawane na bieżąco. Sam lokal, jak podkreśla, urządził w większości z prywatnych środków.
– Chcę, żeby wszyscy mieli świadomość, że ta kancelaria funkcjonuje w Gnieźnie, jako pierwszej stolicy Polski – zakończył, odwołując się do historycznej dumy miasta.
Pozostaje mieć nadzieję, że w tej historycznej scenerii więcej będzie rozmów o rolnictwie i cenach żywności, a mniej politycznych przepychanek na ulicy. Choć jak pokazała sobota – o te drugie nietrudno.










