Siedziała na przystanku przy Parku Kościuszki w Gnieźnie. Była senna, traciła kontakt z otoczeniem. Obok leżało piwo, wino i – jak podejrzewają funkcjonariuszki – butelka po denaturacie. Interwencja, która w czwartkowe popołudnie mogła skończyć się kolejnym zgłoszeniem do statystyki, tym razem zakończyła się w szpitalu. Dzięki czujności straży miejskiej kobieta przeżyła.
Funkcjonariuszki, które jako pierwsze dotarły do potrzebującej, nie ograniczyły się do wezwania karetki. Utrzymywały z nią kontakt, pilnowały, by nie straciła przytomności. Na miejsce przyjechał Zespół Ratownictwa Medycznego, który zabrał kobietę do szpitala.
Denaturat to nie tani zamiennik wódki. Zawiera metanol, który w organizmie przekształca się w formaldehyd i kwas mrówkowy – związki wypalające nerw wzrokowy i uszkadzające ośrodkowy układ nerwowy. W 2025 roku Główny Inspektorat Sanitarny odnotował w kraju kilkadziesiąt zatruć alkoholami przemysłowymi. Część z nich skończyła się zgonem lub nieodwracalnym uszczerbkiem na zdrowiu.
Gnieźnieńska interwencja pokazuje coś jeszcze: empatię, która w dyskusji o służbach mundurowych rzadko przebija się przez język procedur. Funkcjonariuszki nie pouczały, nie ograniczyły się do minimum. Podeszły do kobiety z troską, której w kryzysie bezdomności i uzależnienia często się nie doświadcza.
Pytanie, które pozostaje po czwartkowym zdarzeniu, nie dotyczy już straży miejskiej. Dotyczy systemu: co dalej z tą kobietą po wyjściu ze szpitala? Czy trafi pod opiekę ośrodka interwencji kryzysowej, na oddział leczenia uzależnień? Czy za kilka tygodni znów ktoś zauważy ją na tym samym przystanku?
Służby interwencyjne gaszą pożar. Ale bez długoterminowych programów dla osób z podwójną diagnozą – uzależnieniem i bezdomnością – system wciąż nie daje im narzędzi, by zabezpieczyć dom.



